Wszystkie smutki moje wyniosę za drzwi Wrócę ze słońcem
Ta pomoc nic nie kosztuje!
Ta pomoc nic nie kosztuje!




stop dzieciom neo

wtorek, 05 marca 2013
Dawno dawno temu...

... pisałem regularnie bloga. Po drodze jakoś czasu i zapału zabrakło...

Świat się zmienił, ja się odrobinkę zmieniłem - może skrobnę coś od czasu do czasu - kto wie, może ktoś to przeczyta :)

Mam nadzieję, że nie jest to słomiany zapał...

... Aa póki co - pozdrawiam serdecznie Czytających.

sobota, 12 września 2009
Sobotni wieczór...

Nad Warszawą zapada już zmierzch… Zapada wcześniej, niż powiedzmy miesiąc temu – to znak, że Złota Polska Jesień puka do drzwi.

Zmierzch więc zapada, a ja siedzę sobie wygodnie w fotelu i odpoczywam… Lenię się totalnie. Obok na stoliku palą się świece, stoi na nim także lampka wyśmienitego czerwonego winka. Światło świec w połączeniu z winkiem produkuje tajemnicze bordowe refleksy na ścianach. Jedyna rzecz, jakiej mi brakuje to kominek i buzujący w nim radośnie ogień... No dobra – to nie jedyna rzecz, ale nie zawsze można mieć wszystko – musiała mi dziś wystarczyć rozmowa przez telefon i komunikatorek…

Nie pojechałem wczoraj do domciu na weekend – coś mnie zaczęło brać, jakaś wredna bakteria, albo coś podobnego. Postanowiłem zatłuc draństwo w zarodku i tym samym pozostałem w Stolicy. Stąd też wieczór spędzany samotnie na lenistwie. Całe to leniuchowanie powetuję sobie pewnie jutro – mam nadzieję, że pogoda mnie nie zniechęci, choć w sumie – deszcz mi nie straszny i czasem lubię zmoknąć. Zaplanowałem sobie jutro mały spacer po Starym Mieście i może w Łazienki – w końcu jestem tu już tyle czasu, a w Łazienkach byłem tylko raz. Stare Miasto tutaj prowadzi w rankingach – aż trzy razy było terenem mych wędrówek. Cóż – zobaczymy…

Na razie czeka na mnie winko muzyka i książka… No i leniuchowanie…

Miłego sobotniego leniuchowania życzę Wam wszystkim…

czwartek, 10 września 2009
Trochę o kotach, trochę o pracy...

Miał być aktualny portret Kuby przedwczoraj i nie było. Dlaczego nie było? Ano praca zagrała tutaj pierwsze skrzypce i w efekcie zwaliłem się prawie bez czucia na łóżko, zarówno we wtorek, jak i w środę… Cóż, taka to już specyfika mojej kochanej roboty, że są dni spokojne, cieknące niczym kisiel, dłużące się niemiłosiernie, ale są i takie, gdy czas płynie niczym ciekły azot - przelewa się, kotłuje i natychmiast wyparowuje.

Poprzednie dwa dni były ogromnie dynamiczne – przygotowywaliśmy pewne szkolenie. Roboty było co nie miara, pojawiały się kolejne problemy i przeszkody, które trzeba było pokonać lub obejść.  Na szczęście sprzęt udało się przygotować… Szkolenie rusza dziś i mam nadzieję, że nic nie zawiedzie – w końcu na mej zmęczonej i nie wyspanej głowie spoczywa obowiązek niesienia pomocy w razie awarii.

Stop – dość o pracy! Miało być o Kocie…

Kuba po ponad roku wyrósł na dorodnego kocura, który jak na szanującego się kota przystało, chadza własnymi drogami. Najmocniej przywiązał się do Najlepszej z Mam. Nas lubi i toleruje – Mamę chyba kocha. Ma swoje ulubione miejsca w domu – uwielbia wychodzić na balkon, choć mamy obawy, że da kiedyś nogę i pobiegnie w siną dal… Dlatego zawsze na balkonie ktoś z nim jest. Poza tym uwielbia leżeć na moim fotelu – przy biurku. Pieszczoch z niego dość duży – non stop odgrywa swe mruczando, domagając się pieszczot. Poza tym tuż pod futrem kryje się w nim instynkt łowcy –drżą przed nim wszystkie owady, które przez omyłkę wpadną do mieszkania – Kuba rozpoczyna polowanie, zakończone najczęściej sukcesem – czasem przy małej pomocy z naszej strony.

Cóż mogę dodać – chyba tylko fotki. A więc…

Oto zaspany Kot:

Ziew... Ale chce mi się spać...

 

Kot wygrzewający się na słoneczku:

Ależ mi ciepło...

 

„Zaraz Cię upoluję!”

Zaraz Cię upoluję!
Tak więc Kubusiowo mówię Wszystkim dzień dobry - już niedłuko kolejny wpisik :)

 

wtorek, 08 września 2009
Kot, kot...

Długo mnie to nie było, więc nie jesteście na bieżąco... Ponad rok temu do mojej Rodzinki dołączył najprawdziwszy Kot przez duże K. Kot charakterny niesamowicie, ale o tym za chwilę...

Od dawna namawiałem Rodziców by wprowadzili do Rodzinki jakiegoś przyjaciela – pieska, kota lub kogoś innego. Często odgrażałem się przy różnych okazjach, że sam go przywiozę i sprezentuję. Najlepsza z Mam jak zwykle w takiej sytuacji żartobliwie odpowiadała, że: „będę spał razem z nim na wycieraczce przed drzwiami”.  Ja jednak cały czas rozglądałem się bacznie – czy czasem któryś ze znajomych nie chce oddać w dobre ręce zwierzaka… Dlaczego? Cóż, Najlepsza z Mam dużo czasu spędza sama – ja daleko od domu, Tato także pracuje, a że pracę ma dość czasochłonną, efekt możecie sobie wyobrazić.

Mama miała drobne opory – nie miała zaufania do kotów, głównie z powodu stereotypowych „prawd”, psy odpadały ze względu na konieczność regularnych spacerów… Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy pewnego dnia w maju ubiegłego roku usłyszałem w słuchawce telefonu, że znajoma Mamy ma kociaki do oddania i Rodzice wybierają się je obejrzeć. Ucieszyłem się niesamowicie.

Parę godzin później odebrałem telefon od podekscytowanej Mamy, że Kot buszuje po samochodzie stojącym na parkingu przed hipermarketem, Najlepsza z Mam go pilnuje, a Tato robi zakupy.

Kuba był łobuzem od małego – od pierwszej chwili gdy zobaczył Rodziców. Zrobił Mamie nowy porządek w torebce – próbował do niej wejść, wszędzie go było pełno. Właśnie ta jego ciekawość wszystkiego sprawiła, że jest u nas… Tak prezentował się ponad roczek temu:

Wszystkie smutki moje wyniosę za drzwi Wrócę ze słońcem

Aktualną fotkę wstawię wieczorkiem…

Dziś Kuba jest pełnoprawnym członkiem Rodziny… Lubię, gdy po przebudzeniu – w domu rodzinnym – Kuba wskoczy na moje łóżko, ułoży się tuż obok, domagając się pieszczot. Wtedy ja głaszczę go delikatnie, drapię za uszkami, po brzuszku, a on zamyka oczy i mruczy… Czy to oznacza, że stałem się Kociarzem?

poniedziałek, 07 września 2009
***

Odwiedzałem dziś ślady, które kiedyś pozostawiłem w ostępach Internetu. Nie ma ich może wiele, ale troszkę sie tego uzbierało... No i trafiłem tutaj. Poczytałem, zdziwiłem sie parę razy, uśmiechnąłem, powspominałem...

Co u mnie słychać zapytacie (a może nie zapytacie - zagląda tu chyba przecież jedynie wiatr - w końcu wieki nie pisałem)? Cóż... Żyję nadal w Warszawie, tym razem na Starym Żoliborzu, zielonym Żoliborzu. Okolice mej skromnej kawalerki są zielone i spokojne, mam blisko do metra i nareszcie nie spędzam połowy dnia w komunikacji miejskiej. Na „swoim” mieszkam od stycznia. Nie jest to takie w 100% swoje bo przecież wynajmowane, ale kto wie – może je kupię… Dość poważnie o tym myślę, bo lokalizacja mi się bardzo podoba, okolica  też. Są sklepy, park, kino – wszędzie blisko. Co wyjdzie z mych zamysłów i zastanowień – zobaczymy. Czas pokaże.

Na razie staram się żyć sobie tak, jakbym nie wyjechał z mego rodzinnego Miasta. Spokojnie i powoli – niech się inni spieszą, mnie nie zależy na pośpiechu – życiem trzeba się delektować, a nie gonić coraz szybciej, byle naprzód. Pracuję dalej, gdzie pracowałem, zmienił mi się tylko widok z okna w pracy – teraz jest bardziej zapierający dech w piersiach. W końcu 28 pięterko to nie w kij dmuchał – widać wszystko jak na dłoni, aż po horyzont (gdyby smog tylko tak wszystkiego tam daleko nie zasłaniał). Właśnie wyszło zza chmur słoneczko i pokolorowało Warszawę – blisko tutaj mam do chmur – oj blisko. Szkoda tylko, że nie pracuję ponad nimi…

Niedawno powróciłem z urlopiku – byłem jak zwykle u Najbliższych, w mieście Świętej Wieży. Wypocząłem, postrzelałem… Pojechałem do pewnej Dzierlatki i miło spędziliśmy czas. Było całkiem przyjemnie i miło. Cóż z tego, skoro urlop się skończył (co do znajomości z Dzierlatką – nie będę się wypowiadał – zobaczymy jak to będzie), trzeba było wracać… Powróciłem więc pełen zapału przyprawionego odrobiną żalu, ze to już. No i siedzę w pracy, popijam herbatkę… Patrzę za okienko…

Zbieram się – pora kończyć wpis i pracę… Do zobaczenia. Wkrótce…

Wróciłem.

16:13, katharn
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 października 2008
Tak sobie...

... pomyślałem, że to byłoby dobre miejsce by wylać odrobinę żali nad moją skromną osobą. Nie pisałem już tak dawno, a ostatnio tak nieregularnie, że nikt już tu pewnie nie zagląda, więc bezproblemowo będę się mógł pozastanawiać nad okropnościami życia...

A te okropności... nie są takie znowu złe. Da się z nimi przeżyć, przyzwyczaić i... nie da się ich polubić.

Gdybym mógł cofnąć się w czasie i zmienić niektóre z mych decyzji - kto wie jak wszystko potoczyłoby się, aż do dziś. Niestety nie dowiem się tego już nigdy... Chyba, że jakiś znakomity fizyk odkryje coś, co zagwarantuje mu Noble'a, a mnie możliwość zerknięcia na siebie samego w jakimś świecie równoległym (znam jedną taką, co kiedyś mi objaśniała teorię strun i inne takie podobne teorie - trzymam za nią kciuki). Może kiedyś...

Tymczasem w tym świecie pracuję sobie w Warszawie, mieszkam w zapomnianym przez B... Stop! Bóg nie zapomniał o tym miejscu. Na pewno nie - czasem tu chyba zagląda popatrzeć, co się dzieje i troszkę wesprzeć swe owieczki. Ludzie zaś zapomnieli o tym miejscu już dawno. Jabłonna bo tak zwie się ta urocza miejscowość (jakie ja pierdoły wypisuję - jaka miejscowość - dwie ulice na krzyż, no może trzy i całe trzy przystanki autobusowe) jest miejscem bardzo, ale to bardzo spokojnym. Nie dzieje się tu nic. Ostatnio tylko - chyba wczoraj - otworzono obwodnicę Legionowa (wreszcie się udało, po kilku latach ciężkich prac) i dzięki temu rano nie stoję w korkach... Znaczy tak czy inaczej stoję w autobusie, ale autobus w korkach już nie. No ale miało być o Jabłonnej... 

Mieszkam na uroczym osiedlu nowoczesnych bloków, jakieś kilkaset metrów od lasku obfitującego w grzyby. Idylla prawda? Czyżbym zapomniał dodać, że bloki owszem może i są nie najstarsze, ale za to okoliczne latarnie (które notabene pojawiły się raczej niedawno wzdłuż szosy bez chodnika - jakieś 4 miesiące temu) ozdobione są obficie ogłoszeniami o sprzedaży mieszkań w tychże cudownych blokach. Mój blok jest samowolką budowlaną, bloki obok budowane pod wynajem i wiele mieszkań stoi sobie radośnie pustostanem (właściciele nie mogą sprzedać od razu bo tracą ulgi - nie wiem dokładnie na jakiej podstawie prawnej, prawnikiem nie jestem). W okolicy jest cały jeden, jedyny sklepik, który ma dwie zalety: miła obsługa i terminal kart płatniczych, oraz całkiem wiele wad - od średniego zaopatrzenia poczynając, na cenach kończąc (człowiek się czase może nieźle zdziwić - takie peryferia, a ceny jak w centrum Warszawy w Al. Jerozolimskich lub na Marszałkowskiej). 

Człowiekiem jestem raczej spokojnym, nikomu nie wadzącym i mógłbym sobie mieszkać na wsi i byłoby wspaniale. Niestety człowiek nie żyje samym powietrzem, trzeba jeszcze pracować by mieć co włożyć do przysłowiowego garnka, a czasem nawet gdzieś wyjść, by się odrobinkę rozerwać (złośliwym powiem, że z granatami już nawet trochę próbowałem, ale one jakieś mało rozrywkowe były - tylko wybuchały, a ja przecież spokojny jestem, nie wybuchowy)... i tu są schody. O ile w dni powszednie większego problemu (relatywnie - o czym za chwilkę) nie ma, bo przystanek komunikacji miejskiej jest odległy o jakieś 7 minut drogi statecznym spacerkiem, to w taką sobotę czeka nas wyprawa około 25 minutowa. Nie byłoby to jeszcze jakąś wielką tragedią, ale to dobiero początek naszej podróży. Wszak autobus jedzie jakieś 35-45 min., czasem ociupinkę dłużej. Podróżujemy najczęściej na schodach, bowiem ludzie zamieszkujący Warszawę i okolice odznaczają się panicznym strachem, że nie zdążą wysiąść na swoim przystanku - wszyscy tym samym nieszczęśliwcy, którym nie było dane spocząć na siedzeniach, tłoczą się w drzwiach, pozostawiając wolną przestrzeń w środku odważnym (możnaby rzec bohaterom - bowiem w tym tłoku przy wyjściu można faktycznie nie zdążyć). Gdy już miną te wspaniałe i radosne minuty w autobusie, pora przesiąść się na tramwaj, który również wiezie nas do cywilizacji jakieś 30 min. Jak widać więc, uwzględniając kilkanaście minut co najmniej na korelację środków transportu - sobotnia wyprawa do Warszawy to jakieś 2 godziny lekko licząc na dojazd w jedną stronę.

Stolica - miasto jak miasto. Powinienem powiedzieć metropolia - przepraszam już się poprawiam. Metropolia całą gębą z tej całej Warszawy. Jedno wielkie betonowisko (przynajmniej w miejscach, gdzie mam przyjemność przebywać). Brudne i zaniedbane. Dla mnie - człowieka pochodzącego z prowincji (ja się co prawda za takiego nie uważam, ale ostatnio w rozmowie z kolegą tak właśnie zostało nazwane moje miasto rodzinne) - to nie jest normalne. Me ukochane Miasto Świętej Wieży jest zielone i cudowne, gdy porównuję je ze Stolicą. U nas ludzie biegną, ale spojrzą na wystawę sklepową, spojrzą na innych, spotkają znajomych, zatrzymają się na chwilę. Innymi słowy w mym rodzinnym mieście żyje się wolniej niż w Warszawie, a ja do tego stołecznego tempa średnio chcę przywyknąć.

Jeżdżę teraz do pracy i do domu w dni powszednie komunikacją miejską i przyznam szczerze, wolę odciąć się od wszystkiego podczas tej podróży. Odpalam mojego grajka i jadę w malutkim bąbelku - gdzie czas płynie wolno i spokojnie. Znajduję czas na uśmiech, na to by zerknąć na świat. Powiem Wam, że dobrze mi z tym - lubię to. Boję się tylko troszkę, że za bardzo się do tego przyzwyczaję i za często będę sam w swojej banieczce. Otóż - nie wiem czy to zauważyliście - tego typu banieczka jest w dzisiejszych czasach dość popularna. Co druga osoba jeździ ze słochawkami w uszach. To samo widać na osiedlach, gdzie zupełnie inaczej niż kiedyś, sąsiad nie wie nic o swych sąsiadach z klatki, ale też nie chce wiedzieć. Nic dziwnego, że zdarzają się sytuacje, gdy usłużny Pan pomógł wynosić złodziejom łup z mieszkania w swej klatce - myślał bowiem, że jego sąsiad się przeprowadza (złodzieje byli meblowozem i mieli kombinezony robocze z napisem "Przeprowadzka", zostawili po sobie gniazda elektryczne i włączniki od światła).

Tyle o urokach życia w wielkim mieście - Metropolii. Pewnie za jakiś czas znów coś napiszę... Jak sobie przypomnę, że już tu nikt nie zagląda...

 

AAAA - byłbym zapomniał - Szukam mieszkania do wynajęcia w tej nielubianej przeze mnie Warszawie - z dobrym dojazdem do centrum. Najlepiej by była to kawalerka - w końcu po półtora roku można już iść "na swoje". Jeśli znacie jakieś fajne i niedrogie mieszkanko w ludzkiej okolicy - proszę o jakiś sygnał tu albo na gazetowego maila. Z góry dzięki i już nie przynudzam - lecę coś obejrzeć i może wypić miodek z cytrynką, bo przeziębienie mnie dopadło.

Cześć!

poniedziałek, 28 lipca 2008
Moje do Stolicy powroty...

Noc. W okolicznych domach ciemno, jedynie kilka nikłych światełek jarzy się w niektórych oknach  - to pewnie jakieś "nocne Marki", takie jak ja. Przeciwległe okno w bloku obok pulsuje chaotycznie błękitną poświatą - ktoś ogląda telewizję. Grają świerszcze. Mamy noc z niedzieli na poniedziałek. Każdy normalny człowiek w tę noc snuje wspomnienia weekendu i przewraca się na drugi bok, śniąc o kolejnym, ale nie ja...

Dzwoni budzik - mamy pięćdziesiąt minut po północy - poniedziałek. Otwieram jedno oko. Siadam, przeciągam się... Wstaję i zasuwam do łazienki. Po drodze budzę Tatę. Wracam do przedpokoju, śpiący dotąd Kot otwiera oczy. Spogląda na mnie zaciekawiony, po czym zeskakuje na podłogę. Mrucząc i wyginając grzbiet ociera się o moje nogi. Wchodzę do łazienki...

Kilkanaście minut później wychodzę z łazienki - idę się pakować. Wkładam notebooka do torby, wraz z nim lądują w niej zasilacz ładowarki do komórek, słuchawki i różne przewody, dysk przenośny i kilka innych przedmiotów... Biegnę do kuchni i z lodówki wyjmuję kanapki i herbatkę mrożoną - mój prowiant na drogę. Pakuję to wszystko do reklamówki.

Idę pożegnać się z Mamą - cały czas Kot asystuje mi dzielnie mrucząc swe mruczando (zdążyłem go już kilkanaście razy pogłaskać i nawet chwilkę się pobawiliśmy).

Wychodzę - przed klatką, w samochodzie czeka na mnie Tata. Podwozi mnie na dworzec. Jedziemy pustymi ulicami mego rodzinnego miasta. Dziwię się w duchu - przecież godzina nie jest późna, a na ulicach nikogo.

Dotarliśmy na miejsce. Pociąg odjeżdża o 1:56. Jest 1:41. Czekamy razem rozmawiając... Po przeciwnej stronie dworca, w pobliskim klubie, zabawa na całego. Dobiega nas odgłos muzyki - chyba jakiś dance połączony z techno. Neony migocą na czerwono. Obok nas przechodzi dość chwiejnym krokiem grupka młodych mężczyzn - znikają w przejściu podziemnym.

Jest 1:50 - peron zaludnia się - pociąg jedzie z Zakopanego do Gdyni, a mamy wakacje i sezon urlopowy w pełni. Z głośników rozlega się trzask i po chwili brzmi zapowiedź - pociąg z chwilę wjedzie na stację. Żegnam się z Tatą. Z ust kilkunastu osób wypływa westchnienie ulgi - nie jest opóźniony. Podróżny objuczeni niczym muły podchodzą do krawędzi peronu. W oddali widać trzy światła - elektrowóz niczym jakiś mityczny trójoki wąż wyłania się z ciemności i hamuje z przejmującym zgrzytem.

Wsiadam do wagonu i odnajduję swoje miejsce - jest zajęte. Uprzejmie informuję siedzącego mężczyznę, że mam na to miejsce rezerwację. Ten podnosi się niechętnie i wychodzi z przedziału. Wrzucam bagaż na półkę i siadam. Szarpnięcie i ruszamy. Wtulam się w miękkie oparcie i próbuję się zdrzemnąć...

Godzina 4:50 - wjeżdżamy na peron drugi warszawskiego Dworca Centralnego. Przy wyjściu z wagonu tłumek - kilkanaście osób wysiada, kilkanaście wsiada. Wysiadam, ruszam w górę schodami ruchomymi. Wszystko wokół jeszcze zamknięte. Jest też parę wyjątków: stoisko z książkami - kobieta za baterią zafoliowanych książek popija poranną kawę, patrząc na mnie zaspanym wzrokiem, kebeb - na tacach pustki, zmęczonym wzrokiem odprowadza mnie smagły właściciel/pracownik.

Wynurzam się z przejścia podziemnego na przystanek tramwajowy w kierunku Ochoty. Mój tramwaj przyjedzie za 15 min - tak twierdzi nowy automatyczny system informacyjny (czasem działa dobrze czasem nie). Wsiadam w inny - jadę wzdłuż pustych ulic Stolicy... Jest spokojnie - miasto jeszcze śpi...

Godzina 5:10 - dotarłem do pracy, poranna herbata...

Godzina 6:30 - wpis na blogu - postanowiłem jednak wrócić.

środa, 23 lipca 2008
A gdyby tak...

...wrócić?

Hmm... Pomyślmy. Może byłoby ciekawie podjąć tę moją pisaninę. Cóż - dajcie mi czasik do jutra - tak na definitywne zastanowienie.

Póki co mamy powoli lato, nakrapiane dość obficie deszczem. Po niebie zasuwają obłoczki - czasem białe, czasem sino-granatowe. Życie toczy się normalnym trybem, choć odrobinkę szybciej tutaj - w Stolicy - niż innych miejscach. Mamy sezon urlopowy - może i mnie uda się wyskoczyć nad morze (właśnie kombinuję i czynię kroki w tymże kierunku).

Co u mnie słychać - co wydarzyło się, gdy mnie tu nie było? Niewiele...

Pracuję, gdzie pracowałem, mieszkam, gdzie mieszkałem - choć to akurat może niedługo się zmieni. Żyję sobie spokojnie, często jeżdżę do Miasta Świętej Wieży w odwiedziny do Rodziców. Mam parę nowych zainteresowań, masę starych, rzadziej niestety strzelam - głównie z powodu braku czasu i transportu w miejsca odludne.

Pora chyba kończyć przerwę w pracy na dziś - jutro postaram się być bardziej wylewny...

Miłej pracy (o ile może być miła) i miłego dnia dla Wszystkich...

 

P.S.: Już prawie wróciłem...

poniedziałek, 21 stycznia 2008
O braku motywacji...

... i wojnie wewnętrznej,

Życie upływa mi monotonnie. Każdy dzień jest podobny do poprzedniego. Zaglądam na blog - mój blog - i zastanawiam się o czym napisać... Napisać... Może lepiej nie pisać?  Bo w sumie po co mam wylewać codzień te same żale... Nic się od tego nie poprawi, nic się nie zmieni. Ktoś mi powiedział, że strasznie się nad sobą użalam tutaj. Może to i prawda... Choć z drugiej strony - mam do tego prawo, bo to mój zakątek i ja decyduję o czym pisać. Piszę zaś ostatnio dość rzadko... Wiecie już dlaczego - ogarnia mnie znużenie - nie mam o czym pisać.

Od ostatniej notki minął miesiąc. Kolejny miesiąc "do przodu". A ja? - U mnie nic się nie zmieniło. Dalej trwam zawieszony gdzieś w pustce. Pracuję, wracam do domu, śpię. Niekończąca się pętla. 

Mamy nowy rok 2008 - koniec stycznia. Za oknem nie ma zimy jest późna jesień lub wczesna wiosna - trudno stwierdzić. W moim sercu pogoda podobna - raczej nie mam się z czego cieszyć. Tęsknię za domem rodzinnym, chciałbym by ktoś mnie pokochał - bym nie był sam, blakną pewne kontakty i znajomości, które ogromnie ceniłem, sypią się plany... Ciągle mam nadzieję, że jakoś to się wszystko ułoży, że ten rok przyniesie odmianę.

Może już za późno na noworoczne postanowienia, ale postanawiam się nie poddawać - przynajmniej do końca roku... Co będzie potem - zobaczymy...

Na razie jakoś się trzymam i walczę sam z sobą... 

1% dla potrzebujących...

Staję w tym roku przed dylematem i wyborem1% podatku - nie będzie tego wiele, jednak mam dylemat - komu go przekazać? Spytacie dlaczego się waham?

W zeszłym roku nie wahałem się - wsparłem Reiwszaka. W tym roku jednak poznałem historię Oliwki - córki mego Przyjaciela. Nie wiem jeszcze komu podaruję 1%. Wiem tylko jedno - na bank podaruję go...

Póki co pora na aktualizację akcji Reiwszaka. Ponieważ zmieniły się warunki wpłat trzeba zaktualizować link funkcjonujący pod banerkiem. Kod w zakładcze elementy musi wyglądać następująco:

<a href="http://reiwsz.blox.pl/2008/01/Nie-daj-FISKUSOWI-Twojego-1-procenta-Zadecyduj.html" target="_blank"><img src="http://images22.fotosik.pl/29/da9121784d8bff8b.png" width="150" height="50" border="0" alt='Ta pomoc nic nie kosztuje!'></a>

Zmienił się w nim adres odnośnika na: http://reiwsz.blox.pl/2008/01/Nie-daj-FISKUSOWI-Twojego-1-procenta-Zadecyduj.html

Jeśli ktoś będzie miał problem z aktualizacją - proszę o kontakt :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13